Tam, w głębi tych tajni12, ukryta jak gniazdo, powstała pewnej wiosny chata samotna. Jakiś czas bielał gontowy13 dach i trzaski14 i czerniały koleiny wozów, co z dala przywiozły materiał; po roku wszelki ślad osady zasnuła zieleń traw i mchy.

Dzikie wino i róże pokryły ściany, chata się wtopiła, wrosła w okalający ją szczelnie las.

Nazywali ją leśni ludzie swoim wyrajem.

Wódz z biegiem życia potracił swych bliskich i żadnej rodziny nie posiadał. Dom jego natomiast był pełen bożych domowników — nad nimi rząd i opiekę trzymał towarzysz jego, druh, którego sobie wychował i w swym duchu urobił.

W swoistej gwarze leśnej wódz miał przydomek Rosomaka, ten drugi został nazwany Panterą.

Najmłodszy z trzech, cały złożony ze stalowych muskułów, chybki15, zwinny, miał też swej imienniczki drapieżność i dzikość. Znał naturę ze współżycia z nią, rozumiał bór i wodę, i pole; i duszę miał na wskroś leśną.

A potem z tymi dwoma stowarzyszył się trzeci, którego Żurawiem nazwano.

Ten uchował w życiu najczystszą duszę. Był uosobieniem dobroci, łagodności i wewnętrznej słonecznej pogody. Cieszył się leśnym życiem, jak się młodość tylko radować może. Marzyciel to był, zawsze trochę roztargniony, rad się śmiejący, pracowity za wszystkich, a zdrowia i wytrzymałości żelaznej.

I byli ci trzej, siebie wzajem dopełniając, stałymi letnimi osadnikami w głuszy, twórcami tego pierwotnego bytowania. Stanowili jedność z puszczą, żyli w niej jak wszelkie stworzenie, co do niej ściągało z wiosną na wyraj, a odlatywało jesienią.

Zimą zamknięta na głucho, z końcem lata zasypiała chata. Obsypywały dach żółte liście, potem śnieg, niknęły ścieżki letnie, a za to zwierz swoje ślady w śniegu rysował.