W tym roku działo się najgorzej.

Ledwie chodziły na kwiaty, robota szła ospale, nie przynosiły do ula pyłku.

— Nie ma matki! — rzekł Rosomak po dłuższej obserwacji.

Ruszył w puszczę i rozmyślał.

Na leśnych fiołkach, co właśnie zakwitły, na łozowych kocankach pszczół było pełno.

Musiała istnieć druga dzika barć, bo od osad ludzkich, od sadów i pól, przez te bagna i moczary za daleko było pszczołom lecieć. Barć musiała być — ale gdzie? Przez lat parę Rosomak ten swój raj schodził z końca w koniec, z kąta w kąt — i nigdzie barci nie widział drugiej.

Teraz znaleźć musi, te sieroty poratować. Położył się na polanie liliowej od fiołków. Pracowity naród zbierał słodycz skrzętnie i odlatywał. Każdą pszczołę człowiek leśny oczami odprowadził i zrazu niczego się nie dowiedział. Snuły się tu i ówdzie. Wreszcie wypatrzył, że jedne były małe i ciemne, inne większe i żółciejsze.

Po godzinie cierpliwości badacz stwierdził, że te pierwsze wracały ku wierzbie, drugie zaś wznosiły się nad drzewa i kierowały na wschód.

Miały przy nóżkach koszyczki złotego pyłku, a przy robocie nuciły wesoło.

Rosomak powstał z triumfem.