— Tam są i mają matkę! — rzekł, puszczając się za nimi na wschód.
Po drodze obejrzał każde stare drzewo; co raz na polankach przystawał, znowu owady śledził, znowu za nimi dążył, aż stanął nad nieprzezwyciężoną zaporą.
Była to smuga trzęsawiska.
— Aha! W borze barć mają! Żółte są jak żywica. Że mi to na myśl nie przyszło! Tam ich raj, w tej choinie.
Za trzęsawiskiem, jakby wyspa wśród morza, była wyniosłość niewielka, porosła starymi sosnami.
Widział wyraźnie ich złote pnie, grube konary i czarniawe korony. Jedna, jakby przodownica, nosiła olbrzymią czapę z bocianiego gniazda.
— Zda się, ręką do nich sięgnąć, a „wara” mówi topiel. Bezdenna jest; ani krzaka, ani drzewka, ale wąska! Nie więcej jak półtorasta85 kroków! Dostać się tam trzeba!
Położył się i rozważny plan układał. Zaraz też spróbował gruntu, cofnął się i zaczął rąbać łozy, układać w snopy i wiązać.
Robotę przerwał mu sygnał obiadowy. Gdy zasiedli do stołu, każdy opowiedział o swych przeżyciach i wrażeniach.
— Wiecie, wodzu, dudek zagląda do skrzynki! — pochwalił się Pantera odkryciem.