— Toś rewidował skrzynki?

— A tak mnie ochota wzięła Kubę naśladować! Przejrzałem siedemnaście.

— Ładna porcja jak na jeden dzień.

— Byłoby więcej, ale na jesionie ladaco gałąź mnie zdradziła. Gruchnąłem o ziemię i zwichnąłem rękę.

— No i co?

— Ano nic, wyhukałem Żurawia-doktora, w mig mi nastawił, ale zabronił udawania Kuby przez parę dni.

— I bez mego zakazu nie mógłbyś pokazywać łamanych sztuk w tej chwili: ścięgno masz mocno naciągnięte.

— Cóż znalazłeś w skrzynkach?

— Najwięcej sikor-bogatek. Mają już pisklęta; w jednej naliczyłem dwanaście rozwartych gardzieli. To dopiero robota wykarmić taką chmarę. W kilku muchołówki, te małe, nakładły błękitnych jaj. W dwóch są sikory-modraczki; wysiadują tak twardo, że je można ręką brać. W jednej syczał na mnie krętogłów jak wąż, w innej złajały mnie szpaki, ale na tym jesionie właśnie miałem najgorsze przyjęcie. Zgadnijcie, kto go zajął?

— No któż by? Może dzięcioł?