Zostawili Kubę na gospodarstwie i poszli. Bór, deszczem skąpany, jak czar był cudny. Stawali chwilami i brali w siebie piękno wiosennego rozkwitu oczami, uszami, całą piersią — i byli oszołomieni majestatem arcydzieł. Wreszcie zatrzymali się nad strugą graniczną. Od zachodzącego słońca paliła się toń jak roztopione złoto — daleko, długo.
— Dziś nie Tęczowy, ale Złoty Most do naszego raju.
— A mieni się jak adamaszek. To zarybek się bawi! — Wyciągnęli się na trawie, nasłuchiwali.
— Nie słychać wozu. Ale poczekajmy. Będą tą smugą117 kaczki ciągnęły. To ich trakt.
Ale wiecznie niespokojny Pantera poruszył się rychło.
— Zaraz z tej nieruchomości zasnę — mruknął i zaczął wycinać piękne łozowe pędy i zgrabnie obłuskiwać łyko na chodaki.
— Jadą! — szepnął Żuraw.
Nadstawili uszu, wstrzymali oddech.
— Jadą. O, spłoszyli sarnę. Poszła w leszczyny. Jadą. Słychać od ziemi turkot. Nawet gadają. Odezwijmy się po naszemu.
Huknęli. Długi zew i urywany odzew. Czyste echo pobiegło po wodzie, odbiło się od lasu i powtórzyło odzew. Nasłuchiwali.