Fornal zawrócił zaprzęg i odjechał. Pantera zarzucił sobie na ramię największy worek. Żuraw z Rosomakiem obładowali się resztą i poszli.
Rekrut wziął kuferek i podążył za nimi, potykając się na korzeniach. Ściemniało się — nie było śladu ni drogi, ni ścieżki; gałęzie biły po twarzy, jakieś odrośla niskie chwytały za nogi, ciężar kuferka dokuczał.
A tamci szli lekko, cicho, prędko i niknęli jak widma w gąszczu.
Chłopak po chwili spocił się i zdyszał; serce mu biło, ogarnął go lęk i wstyd. Zaciskał zęby, walczył ze sobą, ale czuł, że nie podoła. Wreszcie gałąź zerwała mu czapkę; zaczął jej szukać, a gdy znalazł, ujrzał się sam w gąszczu.
— Wuju! — zawołał z przestrachem.
Ale zamiast wuja Pantera ku niemu wrócił.
— No i co tam? Zostałeś?
— Nie. Tylko mi czapkę zdarło i straciłem was z oczu.
— Czapkę zdarło, boś się lasowi nie ukłonił, a to wysoki pan i możny. Respekt trzeba przed nim mieć.
— A gdzie tamci?