— Żmije śpią w nocy. Żaba ci spod nóg skoczyła. Idź prosto, nie targaj!

Chwila milczenia. Nagle chłopak się wzdrygnął, wpół kroku stanął; kuferek spadł z drążka na ziemię.

— Co to? — szepnął.

— A bodaj cię! Co znowu?!

— To, co krzyknęło tam z prawej.

— Sowa! Ot, siedzi na sęku. Prędzej! Zbieraj twój tobół! Tym pędem to i na wieczerzę do chaty nie zdążymy, a moja chudoba119 czeka doglądu.

Znowu szli w milczeniu. Chłopak strzelał oczami na wsze strony niespokojnie, trwożnie. Samotność i cisza, przerywana nieznanymi odgłosami, rozstrajały go rozpaczliwie.

— Proszę pana, to jest, proszę Pantery, i wam wcale tu nie straszno? Tak samym?

— Tu jest moc mieszkańców. Ot, posłuchaj: beczy kozioł, bełkoce cietrzew, żaby rajcują, błotniaki wszystkie wrzeszczą. Tu więcej życia niż w mieście.

— Ale ludzi nie ma!