Zmierzch dopiero odpędził ich od roboty, a w nocy stało się, co powiedział Rosomak: mróz-kat pięść z kleszczami zacisnął.
Jęknęły lasy z bólu rwanych tkanek, na całun śmiertelny padały ich członki — jędza cieszyła się zgubą młodego życia.
— I po co to? — szepnął Żuraw.
— Prawo! — odparł Rosomak. — Nad nasze zrozumienie. Prawo! Ale to nie zguba! Bywa twarde i potężne, gdy niszczy, i takie potężne, gdy tworzy. Ale to nie zguba! Zguba to mała, nikła istota; bez gromu, wichru, nijakiej widocznej mocy, bez kłów i pazurów, jak robak, goła. Którędy ta zguba przejdzie, tam nie ostanie ni puszcza leśna, ni zwierz potężny, ni ptak najśmiglejszy, ni żadnego stworzenia schron. Zostaje tylko on!
Trzy dni mróz katował ziemię, trzy noce wichry się szamotały, za bary się wodząc i zmagając, w tumanach śnieżnego kurzu, z wyciem, poświstem, warczeniem, jękiem — aż pewnego ranka w nowiu miesiąca z południa jakby fala runęła powietrzna: hetmański hufiec wiosenny.
Jak chmara nikczemna pierzchły przed nią tumany śnieżne i na błękit promienny wstąpiło na swój majestat zwycięskie słońce. Fala powietrzna niosła ze sobą jego moc krzepką, żywą, moc zdrowia; i zaroiło się na ziemi, zatętniło, zapachniało, zagrało — jeden hymn odrodzenia.
Do leśnych ludzi przyszła wieść od Pantery, krótka jak okrzyk zdyszanego gońca: „Las ożył — woła, gra! Bywajcie!”, Zerwali się, zbierali gorączkowo, ogarnięci jakimś szałem, potrzebą, musem, żądzą swych dusz — jak ptaki wędrowne.
Wołało coś w nich, wszystko inne głusząc:
— Na byt swój, na byt swój!
Na wyraj, na wyraj, na wyraj!