Na rozkwitające życie z chmur tych, przy rechotaniu wichru, poczęły się walić śniegowe zwały jak gzło27 śmiertelne.

Słońce, jak widmo, stało za tą czeredą chmur, cierpliwe w poczuciu swej siły i pewne triumfu. Jak mocarz wszechpotężny dawało wrogowi ulgę pozorną — niech wszystkie siły w bój wyprowadzi, napaścią się wyczerpie, by potem swą światło-władczą potęgą błysnęło i zwyciężyło.

— Biedna nasza bogatka! — rzekł Żuraw, patrząc na tumany śniegu.

— Bogatka pewnie przy pierwszej zadymce zastukała do okna i wróciła na zimowe leże do Pantery — odparł Rosomak.

Gorzej tym w lesie, jeśli struga wezbrała i pożywienia im dostarczyć nie można. Byle, na dobitkę niedoli, jędza mrozu nie wywlokła sobie w sukurs28.

Drzewa wiosennej krwi są pełne, gałęzie nabrzmiałe, bolące, gdy tknąć. Trzeba ratować.

Puścili się we dwóch za rogatki; trafili na zagajnik śniegiem zawalony, jęli otrząsać biały całun.

Rozpoznali drzewiny i mówili do nich jak do serdecznych przyjaciół.

— Korale wyhoduj, jarzębiu smukły! Śmigaj, brzózko srebrna! Ostrożnie się odginaj, kloniku, boś kruchy. Za ciężka nawet dla ciebie szuba, świerczku, zuchu zimowy.

Odginały się z ulgą gałęzie, a oni się śmiali, zgrzani, rozradowani, upojeni mroźnym marcowym powietrzem.