Więc się — kto gorętszy — sposobi. Leszczyna kutasiki23 karminowe jeszcze od chłodu otula, ale kotki24 już puściła na wicher. W wodach lodowatych na dnie widać pęczniejące kaczeńce, pod liśćmi w gaju można wyszukać zawilce. Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek zrozumieć nie może: ziemia to gra czy jego własna krew — jedno! Żyć, żyć, żyć!

Gdy wszystko jednym głosem tak krzyknie, zawołam do was: «Bywajcie!».

Tymczasem sposobię chodaki, konopacę25 czółno, kosze i więcierze26 przygotowuję i czekam, drżąc z ochoty”.

Tyle było listu. Rosomak go raz jeszcze przejrzał.

— Dżdżownice nie ruszyły — rzekł. — Jędza jeszcze wróci.

Westchnęli obaj. Tęsknota skręciła ich serca i Żuraw dodał:

— Zaleciało barwą, wonią, smakiem, muzyką, aż boli... Tak tęskno! Wymknijmy się choć za rogatki, posłuchajmy, popatrzmy, wichru się napijmy!

— Chodźmy z wizytą do swoich! — potwierdził Rosomak. — Bo czekać nam jeszcze długo. Do przesilenia i dalej, całe dziewięć niedziel!

Przesilenie

W marcu jędza-zima bezczelna, wściekła wstała jeszcze raz do boju. Całe hufce zegnała, szare pułki chmur, watahy wichrów północnych i cisnęła tę armię na pęczniejące drzewa, na wyzierające źdźbła, na rzesze ptasie, co jej urągały weselną pieśnią.