Powiada, że gorzkie, bez żadnego wigoru, i że najlepiej jeszcze spać, a dobre przyjść musi. Powiedział mi to z pieca, otwór chałupy zasunął i tylem go oglądał.

Bogatka, co u nas też zimuje i ćwiczy mole po całych dniach, zaczęła się jednak dopominać swobody. Ano, dobrze, otworzyłem okno — poszła, jak na wesele, z przytupem. Obiera robactwo z klonu pod oknem i ćwierka do mnie: «Już czas, już czas».

I komu z nich wierzyć? Boć i skowronki są, a jakże! Poszedłem z nimi się przywitać aż daleko w pole.

Po zapadach17 śnieg leży, lód trzyma, a po haliznach18 goło i czernieją stare kretowiska. Wicher jak mięta: niby zimny, a smali19. Skowrończy gwar już posiadł nasz łan aż do jesieni.

A o innych wędrownikach takie wieści: zapadły na nocleg w zeszły piątek pierwsze gęgawy i gomon20 wielki podniosły; poszedłem też posłuchać, jakież zza morza wieści prawią. Czysta, echowa była noc, ale jeszcze mroźna; brzegi zalewów lodem się ścięły i tak trwał on aż do południa. Co noc na sad nasz czarny opadają rzesze podróżnych ptasząt. Spadną, mało co mówią, o świcie ruszają dalej; to nie te, co z nami lato spędzą. Ruszyły dopiero te pułki, co dalej na północ mają przeznaczenie.

Kuropatw trzy pary mam na górce — znalazłem w sidłach chłopaczych na śniegu — i te mnie co rano pytają, ile jeszcze niewoli.

Rajcują o tym wróble, zmówiny21 już między nimi jak w zapust22. Te już się klną, że wiosna tuż.

Pszczoły — jak Kuba! Zastukałem do jednych, pytam: «Matko, czy wiosna?». Zaburczały sennie: «Cyt, cyt, matka śpi».

I komu wierzyć, i jak tu wytrzymać!

Nie wiosna to i nie zima-jędza. Nie pochód to hetmański raju, ale już przednie wici rozesłane: «Sposobić się czas».