— A ot! Ryb nałów, ususz, torbę naładuj i sprzedaj. Albo wyszukaj gniazdo remiza, strzyżyka lub czyża. Wódz mówił, że to można sprzedać do kolekcji. Ja bym na twoim miejscu i tygodnia nie zwlekał. Za czym człowiekowi tęskno, to trzeba dostać. A zresztą możesz „na gapę” pod ławką w wagonie jechać. Żydzi tak robią z miłości do rubla, to i ty możesz przez miłość do kobiety.

Coto umilkł. Wszystkie te sposoby nie trafiały mu jakoś do przekonania.

— Żebym ja mógł pożyczyć pieniędzy na drogę — bąknął.

— Hm! — odparł Pantera. — A z czego oddasz?

— Mama musi mi dać.

— Na podróż do ukochanej? To by ci od razu w Warszawie dała, zamiast tu przysyłać, gdyby chciała twym amorom dogadzać. Na taki interes nikt ci nie pożyczy. Całkiem bieda, rekrucie Coto! Zamiast takiej pożyczki oszukańczej, zrób szczerzej i prawdziwiej: zaczaj się w nocy przy trakcie i obedrzyj słabszego i głupszego. Albo stań pod kościołem i lamentuj: „Litościwe osoby, choć grosik dla poratowania zranionego serca!”.

— Pantera żartuje, drwi ze mnie!

— Co zaś! Jakbym w twej desperacji był, to bym tak zrobił.

Tu Rosomak, czując potrzebę interwencji, rozsunął firankę łozy i wynurzył się za plecami rozmawiających. Coto zerwał się przerażony. Pantera zaświecił zębami w uśmiechu i dalej obdzierał łozę z kory, kunsztownie zwijając łyko na chodaki.

Rosomak wziął się też do tej roboty; zawstydzony chłopak stał, nie wiedząc, co ze sobą począć.