Przede wszystkim odwiedził pszczoły.
Opodal barci stanął i patrzył.
„Naród” się snuł tu i ówdzie, zda się jak zwykle. Ale po obserwacji twarz leśnego wodza zaczęła się rozjaśniać, promienieć, aż się ułożyła w cichy uśmiech radosny. Dla niego miał wyraz brzęk owada, jego ruch, jego sposób wchodzenia przez szparę-wrota. I słyszał wyraźnie to, co wreszcie sam wymówił za nimi:
— Matka jest.
I wtedy dopiero usłyszał gdzieś opodal w łozach głos ludzki — gniewny, skarżący się. I poznał głos Cota.
— Proszę Pantery, co to za życie! To dobre dla starych albo dla mizantropów. Zresztą dla dziwaków i odludków. Ale ja kocham i ja chcę żyć! I mnie nikt nie zrozumie! Ja tu nie chcę być, ja tu oszaleję! Ja tak strasznie za nią tęsknię!
— Ciężka bieda! — ozwał się głos Pantery. — To czemuż nie drapniesz stąd? Ja cię na skraj lasów wyprowadzę i leć do lubej. Tuś nam też tak potrzebny jak zdun120 w lipcu.
— Kiedy matka mi nie dała pieniędzy.
— To sobie na drogę zapracuj!
— Gdzie, jak?