— Udały się! — rzekł triumfująco do Żurawia.
— No i wreszcie zajmiesz się czymś innym — mruknął bez humoru Żuraw.
— A co tam pilnego?
— Przede wszystkim chłopak.
— Poszedł w las szukać gniazd. Chce zebrać kolekcję jaj.
— Nic nie znajdzie, bo się wszystkiego boi. Gdzieś pewnie niedaleko siedzi w gąszczu i czeka obiadowego sygnału. Trzeba się nim zająć, skoro żeś go nam tu na umartwienie sprowadził.
— Co miałem robić?! Nie mógł zostać tam we dworze, bo by uciekł po kilku dniach. A siostra mnie błaga, żeby go przetrzymać parę miesięcy, bo bardzo wyczerpany naukami. Przeszedł tyfus i zakochał się w czterdziestoletniej profesorowej, i chciał się strzelać.
— Chciałbym wiedzieć, co my na to pomożemy i dlaczego mamy go niańczyć!
— Zapewne dlatego, żeby nam tu nie było za dobrze. Ja go obserwuję. Parę dni bawiła go nowość, teraz przechodzi okres tęsknoty, nudy i wspomnień „nieszczęśliwej” miłości; przefermentuje, przegryzie i odżyje.
To rzekłszy, Rosomak, którego nic bardzo nie wzruszało, co nie było przyrodniczą osobliwością, zapalił fajkę, obładował się swymi ptaszniczymi przyrządami i ruszył w las.