Chłopak zaczepił obcasem o szczebel i spadł do sieni, szczęściem na siennik. Zerwał się zawstydzony, ale Żuraw z Rosomakiem karmili małego Tupcia i nawet się nie obejrzeli, a Pantera, zeskakując zgrabnie i lekko ze strychu, rzekł:

— Szczęście, żeś nie gliniany, bo nie starczyłoby cię na długo. Tu sobie pościel na ławie i spocznij po tylu wrażeniach.

Chłopak chwilę stał bezradny. Jakże miał spać bez łóżka, bez poduszki, bez nocnej komódki i dywanika pod nogi? Kuferek gdzieś został na dworze, a na samą myśl, by go szukać w nocy samemu, dreszcz go przeszedł.

Ale nikt się nim nie zajmował. Żuraw z Rosomakiem przeszli do komory. Pantera zgasił światło; zmęczony setnie, legł w swym alkierzu i zasnął natychmiast. Trochę tylko mrok sieni rozjaśniała lampka od obrazu i chłopak usiadł na sienniku, bliski płaczu.

Drzwi wejściowe nawet na klucz nie były zamknięte, w lesie coś szemrało, chodziło, wołało, po izbie coś się snuło — nie, nie sposób zasnąć!

Nieszczęsny Coto zaczął w duchu wymyślać matce, wujowi, swej doli, całemu światu. Potem wyczerpał cały zapas buntu i goryczy, przymknął oczy, bo go paliły od wiosennego wiatru i słońca, a potem już nic nie pamiętał, bo zasnął.

Zasnęły też kosięta pod skrzydłami matki i źrebię u stóp Łatanej Skóry, która, drzemiąc na stojąco, budziła się na każdy szelest i dotykała nozdrzami dziecka, jakby mówiła: „Nie bój się, śpij, ja nad tobą czuwam!”.

Tylko małoletni Tupcio, wierny tradycji rodu, biegał drobnymi kroczkami po całej chacie i tępił zawzięcie wszelakie owady, które się zakradły z dworu.

Coto

Rosomak wypychał puchacza. Brak wprawy wyrównywał zawziętością i zaangażowaniem. Ponieważ zawadzał w izbie, rozłożył pracownię w komorze i po trzech dniach dzieła dokonał.