— No i „domowego” też mu pewnie pokażesz — uśmiechnął się Żuraw.
— Daj no tymczasem jaja do spreparowania! — rzekł Rosomak.
Zajął się Coto, zainteresował, ciągnęło go do tablic i do tekstu, i do kolekcji, i do poszukiwań. Ledwie doczekał się końca południowego obrządku i rozporządzenia zajęć oraz wypraw; po czym pełen zapału znalazł się na ścieżce, obładowany sporą torbą, krocząc za Rosomakiem, który niósł na ramieniu rozwidloną tykę, a w ręku wypchanego puchacza.
Wyszli na piaszczyste polany, z rzadka brzozami i sośniną porosłe, i zatrzymali się wreszcie obok wielkiego krzaka jałowca. Spojrzał Rosomak na słońce.
— Trochę za wcześnie. Długo posiedzimy, ale to dobra dla ciebie próba. W ptaszniczym zawodzie należy mieć cierpliwość indyjską. Ptactwo najruchliwsze jest rano i wieczorem, w południe lubi sjestę. Masz dobry wzrok?
— Niezły.
— No to zajmujemy stanowisko!
Na szczycie drążka umieścił puchacza i wbił tykę mocno w ziemię, tuż przy jałowcu. Z torby wydobył coś w rodzaju namiotu z lekkiej zielonkawej tkaniny i rozstawił na patykach, nadając jej kształt jakby rozszerzenia krzaka. Na szczycie przytwierdził pęk sosnowych gałęzi. Wsunęli się obydwaj do środka, zamknęli wejściową szparę.
— Usiądź jak najwygodniej i nie ruszaj się! Myśliwi na cietrzewich tokach siedzą w budkach z gałęzi, na mrozie, czasami sześć godzin. To ciężkie; trzeba cierpieć bez ruchu. Nam tyle czasu nie trzeba. Tyka nazywa się w starym języku łowieckim stark, a nasza kryjówka szaterek. Teraz wyszukaj w tkaninie parę okrągłych otworów i wyglądaj!
— A na co polujemy?