— W ten sposób można polować na jastrzębie, wrony, sroki, sójki. Nie znoszą one puchacza i ledwie go dojrzą, napadają z wrzaskiem. Kiedyś miałem żywego w tym celu i przez jedną jesień zastrzeliłem różnych rabusiów sto kilkadziesiąt sztuk.

— To szkoda, że wuj nie wziął strzelby.

— Teraz niechętnie mieszam się do spraw tego państwa. Nie czuję się w prawie wydawania wyroków i wymierzania kary. Tutaj panuje ład i większy od mojego rozum. Wszystko w tym świecie się wiąże, uzupełnia, spełnia jakiś obowiązek, służy jakiemuś wielkiemu, często dla nas niezrozumiałemu, prawu, utrzymuje przemądrą równowagę. Obserwując, przekonałem się, że kto staje się ponad prawo zuchwały, silny, drapieżny, nawet zbyt liczny, bywa doprowadzony do umiaru wyrokiem Władzy, co tym rządzi. I już tylko bardzo rzadko, gdy mnie zaślepi mój rozum, występuję czynnie w obronie małego i słabego. Patrzaj, uważaj! Jak zwykle, pierwsze sikory dojrzały puchacza i popłoch sieją. — Zniżył głos i objaśnił: — Sikor mamy pięć gatunków, tych pospolitych. Ta żółtawa z czarnym krawatem to bogatka, największa i najzwyklejsza. Tamta na brzózce to modraczka, istny błękitny klejnocik. Uboga sosnówka i czubatka jeszcze nie dosłyszały wieści. A oto zlatuje zięba, samiec w ceglastej kamizelce. No i rozumie się, buńczuczny karzeł, wołowe oczko; ten by na orła się rzucał. Widzisz?

— Widzę! Jakie to cudne!

— Oho! Już i reszta drobiazgu w sukurs leci. Rudzik, ten z pomarańczowym przodem, gajówka, mniszek i malutka piegża, i żółtawy zaganiacz, i kropkowana pod spodem muchołówka. Patrz, co za gromada! A teraz flegmatyczne poświerki się ruszyły. A wszystko łaja, wymyśla, klnie, urąga, jedno drugie podjudza. Wiec!

— A ten taki cętkowany, co tak szyję wyciąga i głową kręci?

— To krętogłów! Spryciarz, symulant. No, ale teraz musimy ratować puchacza. Już skrzeczą sójki i sroki. I ot, jastrząb wisi nad polaną! Skończone widowisko, bo dojdzie do awantury, poleci pierze z puchacza i nasza sztuka drugi raz się nie uda.

Rosomak rozsunął płótno i rozprostował członki. Śpiewacza rzesza rozproszyła się, obsiadła dalsze drzewa, rajcowała, cudowała, wreszcie rozpierzchła się po lesie, roznosząc żałosną wieść:

— Zbójca ze Starych Chojarów ukazał się w biały dzień na Wdowiej Polanie! O dolo, o losie! Wrócił, wrócił!

— Cyt, cyt, cyt! — uspokajały sikory. — Leśny duch go dojrzał, ukazał się, pojmał go i uwięził! Cyt, cyt! Za kratę wsadzi!