— To chodźmy też na koncert!
Ruszyli ścieżyną za Żurawiem.
— Teraz słuchaj! Nie patrz, nie myśl, tylko słuchaj! — szepnął do Cota.
Zbliżał się późny, pogodny, majowy wieczór — pora najświetniejszych arii.
Coto oczy przymknął i cały się w słuch zamienił. Zrazu słyszał tylko gwar, potem zaczął w zgrai akompaniatorów i orkiestry rozróżniać solistów.
Na tle monotonnego poszumu puszczy i akordu żabiego ze szczytów drzew brzmiała pieśń, duet srebrnego gwizdania. Flecik Żurawia powtarzał głos tenorowy, pierwszy.
— To drozd-śpiewak i kos popisują się! — szepnął Rosomak. — Kos wiedzie prym! — Jakby wyrwasy taneczników, krótkie przyśpiewki mieszały się z duetem.
— To zięby i trznadle hulają i dwuwiersz poddają.
— Hej ha! Chłopcy z dziewuchami, ostro!
— Brawo, brawo, brawo! — rzuciła przelatująca kukułka.