Drzwi się otwarły, pąsowo-złoty lokaj powitał gościa ukłonem, wziął kartę i cicho jak widmo poprowadził oszołomionego po marmurowych schodach, przykrytych dywanami, na pierwsze piętro.
Na załomach rycerze z brązu świecili gazowymi pochodniami, a na końcu schodów wiotka brązowa Psyche wyciągała w górę śliczne ramiona z alabastrową lampą.
Magnacki przepych bił ze ścian malowanych al fresco136, z marmurów — przepełniał cały dom. Lokaj, zawsze milczący, wprowadził gościa do salonu obwieszonego gobelinami i zniknął, niosąc bilet na złoconej tacy.
Po dość długim oczekiwaniu skrzypnęły drzwi. Jan się porwał uradowany i struchlał.
Naprzeciw niego wyszła maleńka postać panny Doroty von Eschenbach i przywitała go staroświeckim dygiem.
— Pan zapewne chciał się widzieć z Wentzlem? — zaczęła uprzejmie, spostrzegając jego zakłopotanie.
— Tak, łaskawa pani!
— Jestem panna Dorota von Eschenbach, ciotka Wentzla — przedstawiła się dygając powtórnie. — Pan ma interes do niego? Może dzierżawca? Jest pan Sperling.
Jan się zaśmiał.
— Interes mój nie wymaga plenipotenta. Wystarczy mi godzina rozmowy z hrabią.