— Ach, panie! Godzina rozmowy! Ja od dwóch tygodni nie mogę się zdobyć na minutę! Teraz karnawał. Dziś bal w ambasadzie austriackiej, jutro u książąt Ernestów, pojutrze u hrabiostwa Spangendorf, we czwartek przyjęcie u dworu. Karnawał, okropność! Bardzo bym chciała panu dopomóc. Przed chwilą posłałam do Wentzla; może się zjawi.
Pąsowy lokaj ukazał się w progu.
— Pan hrabia śpi — oznajmił oficjalnie. — Urban kazał powiedzieć, że dla nikogo nie ośmieli się go budzić!
— Biedaczysko! — westchnęła ciocia Dora. — Byłoby to niemiłosierne przerwać mu spoczynek.
Jan się zniecierpliwił. Biedaczysko nie był przecie ani starcem, ani chorym, ani niemowlęciem — nie czuł dlań żadnej litości.
— Bardzo mi przykro, żem panią utrudzał. Żegnam.
Wstał i wyszedł, życząc Wentzlowi diabłów i licha.
Dzień był stracony. Poszedł wieczorem do teatru, ale darmo się rozglądał. Wentzla nie było, sztuki mało pojął, znajomych nie miał, ziewał jak na niemieckim kazaniu.
Następnego dnia włóczył się po mieście, tam gdzie najwięcej było prywatnych ekwipaży, strojnych dam i okazałych magazynów — i tam nie było Wentzla.
Zamiast niego los mu nadarzył Urbana.