Tu Urban wyjął ręce z kieszeni i przybrał typowo lokajską pozę.
— Die Wohlgeborene aus Mariampol? Das ist etwas anderes137. Mogę panu dać bilecik polecający do mego zastępcy, Augusta.
— Tfu! Będę chodził od fagasa do fagasa! Wolę z niczym wrócić. Schönen Dank138! Obejdę się bez twojej pomocy.
Urban nie zrozumiał powodu gniewu. Uchylił na pożegnanie cylindra i wszedł do okazałej restauracji.
W Janie wzbierał gniew. Chciał wracać z niczym, ale zląkł się pani Tekli. Wsiadł do dorożki i kazał się wieźć za Brandenburską Bramę.
Było to dobre natchnienie. Wśród setek powozów i koni dwa przepyszne taranty mignęły mu jak błyskawica. Kazał stangretowi je dopędzić. Stanął w dorożce i wyglądał.
Taranty zwolniły biegu, dorożkarz ćwiczył swe szkapy — zrównali się. Jan zajrzał do powozu i zaklął po mazursku.
Ujrzał wewnątrz szlify wojskowe i szubkę chudej damy o bladych oczach.
Nie znał majora Koop i nadobnej jego Emilii, więc się nie przywitał, tylko kazał zawrócić, i zły jak piorun wysiadł na obiad w hotelu.
Dano mu sporo siekaniny i słodką zupę na pociechę — to mu wcale nie poprawiło humoru. Ruszył jednak z wzorową wytrwałością na dalsze poszukiwania.