Włóczył się to tu, to tam, zapatrzony w przejeżdżające powozy, obrywając treny damom, popychający i popychany; często łajany; raz go nawet wystrofował policjant. Na próżno — nie widać było ani tarantów, ani Wentzla, ani nawet Urbana. Żałował bardzo Jan, że się nie wypytał lokaja o klub czy restaurację, gdzie hrabia obiadował zwykle. Byłaby to nić Ariadny139.
— Zabawię do jutra i wrócę, albo napiszę. Pani Tekla zada mi pieprzu jak amen w pacierzu. Cóżem winien? Ten przeklęty hrabia karnawałuje, a ja nie jestem panienka. Oto cały powód niepowodzenia. Alboż to moja wina? Ot, zajdę na szklankę ponczu. Zimno!
Wszedł do kawiarni. Naprzeciw niego siedziało trzech panów, rozmawiając wesoło.
Mimo woli zaczął półuchem nasłuchiwać.
— Hrabina Aurora wyjechała do Poczdamu. Nie będzie dziś na balu u ministra.
— Szkoda. Obiecała mi walca.
— Słyszeliście, że na maskaradzie wczoraj Schöneich przebrał się za damę i uwziął na Herberta?
— I cóż?
— Ale, komedia! Herbert się zapalił, nie odstąpił na krok, przysięgał, że poznaje Almę z baletu. Zaprosił na kolację, poił szampanem i odwiózł swoją karetą. Dziś wyzwał Schöneicha na szpady.
— Będą się bili?