— Co też i uczynię. Te kobiety jak owce! Za jedną skoczy tysiąc.
— Wczoraj była znowu awantura u Lidii. Powybijano wszystkie okna, potłuczono lustra i lampy, nie zostało jednego całego sprzętu. Dziś ich z dwudziestu wybiera się do „Buff”.
— Chodźmy i my!
„Pójdę i ja” — pomyślał Jan.
Młodzi ludzie zapłacili i wyszli z hałasem, za nimi wymknął się Jan uśmiechając się tryumfująco. Wiedział, gdzie szukać hrabiego. Kazał się wieźć do „Buff” i po długim kręceniu się w labiryncie ulic znalazł się wreszcie przed oświetloną bramą trzeciorzędnego teatrzyku. Spóźnił się widocznie. Przed świątynią wesołej sztuki pełno było powozów i koni, roiło się od liberii, jakby cała arystokracja pruska dała sobie tam rendez-vous144.
Jan omal nie krzyknął z radości. Taranty Wentzla stały u bramy. Spytał stangreta o hrabiego.
— Soeben angekommen145 — odparł sługa.
— Ha, mam cię przecie! — zamruczał, biorąc jeden bilet do krzeseł.
W sali gorąco i tłok nie do opisania. Podrzucany jak piłka, dobił do swego miejsca, odsapnął i rozejrzał się po sali. Wentzla nigdzie nie było. Publiczność składała się ze studentów, młodzieży rzemieślniczej i handlowej i kilku oficerów. Afisz ogłaszał Orfeusza w piekle.
Jan stracił na chwilę przytomność, odurzony śmiechem, piskiem, tupaniem i przeraźliwą muzyką janczarską.