Widzowie wrzeszczeli jak stado dzikich; wywoływano aktorki po sto razy, rzucano na scenę bukiety, miotano się, machając kapeluszami i chustkami.
„Czy do tych Szwabów złe przystąpiło? — pomyślał Jan, wytrzeszczając oczy. — Ale dziewczęta ładne! Ani słowa. Tej czarnej i ja bym bukiet dał. No, no, co też ten karnawał wyprawia. Ale gdzie Wentzel? Przecie nie występuje za aktora. Nie wysiedzę tu nic: trzeba gdzie indziej zakołatać”.
Przecisnął się do przejścia i wpadł na jakiegoś służącego w liberii.
— Słuchaj no, a gdzie ci panowie, co ich nie ma? — krzyknął, porywając człowieka za kołnierz.
— Co ich nie ma... — wybełkotał lokaj zdyszany. — To oni są... są... ale ja biegnę po szampana...
Obydwaj pletli trzy po trzy, ale rozumieli się doskonale. Jan wetknął srebrniaka w rękę draba.
— Znasz hrabiego Croy-Dülmen?
— Jakiego? Mego pana? Toż przecież lecę po szampana.
— A gdzie twój pan?
— A ot tam, w garderobie. Ale ja lecę, proszę darować!