— Przypadkiem. Bawi w Berlinie z siostrą, tą w opalach. Wentzel się nimi zajmuje.

Teufel164!

— Czy oni ciebie zajmują?

— Nie, ot, tak sobie! Mnie zajmuje tylko panna Lidia! — szepnął melancholijnie.

— Pamiętajże służyć rycersko damie, bo gdy się zachwiejesz, ja ci staję za rywala.

— Żebyś lepiej poszedł sobie do diabła!

— Aha, prawda, przygniotłem falbankę, przepraszam, nie przeszkadzam.

Schöneich ukłonił się bardzo nisko i gdzieś się zapodział, bo go Herbert nigdzie nie spostrzegł. Przechylił się poufale do Lidii i roztaczał obraz swych doskonałości, a jej szczęścia, gdy mu los powierzy.

Tak był zatokowany165 i zachwycony sam sobą, że nie dojrzał, jak tuż za kanapą w cieniu jakiejś kulisy wysunęły się binokle barona i ruda głowa teatralnego posługacza.

Obydwaj szeptali coś tajemniczo, potem sługa głową dał znak, że pojął, i zniknął. Schöneich wynurzył się jak duch z przeciwnej strony i połączył się z Wentzlem i z Polakiem. Wkoło nich zebrała się zaraz gromadka, śmiejąc się i gestykulując.