Zielone, zazdrosne oczy Lidii nie schodziły z nich. Po chwili Wentzel spojrzał na nią, odłączył się od grupy i poszedł, gryząc w zębach cygaro.
— No, Herbercie! — rzekł wesoło. — Dość się bawić w kłusownika, idź na neutralne terytorium.
Aktorka rzuciła się niecierpliwie.
— Pan mi raczy oszczędzić swych impertynencji, bardzo proszę! Nie jestem niczyją zwierzyną; książę jest moim gościem.
Wentzel wzruszył lekko ramionami.
— Doprawdy? Przywiozłem tu panią mymi końmi z mego mieszkania, mieliśmy po teatrze jechać razem na kolację!
— Pojadę z księciem. Może pan sobie wziąć Esmeraldę do pary! — zawołała z furią.
— Zatem daje mi pani odprawę. Jak się podoba. Żeby tylko pani nie została bez pary!
— To mój kłopot — wygłosił Herbert, rozpływając się z powodzenia i triumfu.
Wentzel obojętnie rzucił cygaro przez głowę pyszałka w kąt między kulisy.