Śnieg zasypywał oczy. Wyglądali jak bałwany białe, wicher przejmował do kości.
Pomimo to Wentzel gwizdał coraz to nowe aryjki z operetek i sypał jak z rękawa anegdoty.
Dziwna radość przejmowała mu duszę. Nie była to miłość dla pięknej Jadwigi, ale zadowolenie próżności i triumf. Babka wzywała go sama. Po co? Kto wie, może powie: kupuj Strugę i żeń się — z kim? Łatwo się domyślić.
A może panna Jadwiga tęskniła za nim... To wezwanie było z jej inicjatywy? Zdawało mu się to zupełnie naturalnym. Tysiąc razy się zdarzało. Przy tym wiózł do Mariampola niespodziankę. Z tego sekretu nie pochwalił się ani przed baronem, ani przed Janem, przed nikim.
Miało to być ostateczne coup du théâtre188.
Z głową napchaną podobnymi myślami nie czuł mrozu, droga mu się dłużyła nieskończenie.
— Gdzież ten Mariampol bogi odniosły? Jedziemy chyba na koniec świata — zauważył po raz setny.
Jan wstał w saniach, rozejrzał się uważnie.
— Za kwadrans staniemy na miejscu — pocieszał.
Zmrok zapadał, dzień zimowy robił się coraz posępniejszy.