Nagle rzuciła się niecierpliwie i zagryzła wargi.
— Wartam218 rózeg! — dodała z gniewem, odchodząc.
W godzinę młodzi ludzie stawili się w pałacu wyperfumowani, ogoleni, ubrani bez zarzutu, w lakierkach i rękawiczkach; siwosze pani Tekli w budzie na saniach i szalone kasztany Jasia w malutkich saneczkach dzwoniły pod gankiem. Panie się nie śpieszyły pomimo palenia219 z bata i napędzania Jana, który jak duch pokutujący chodził od drzwi staruszki do progu pokoju siostry, znosząc cierpliwie gniew jednej i milczenie drugiej.
— Jedźmy naprzód! — zawołał wreszcie.
— A jak się panie rozmyślą? — wtrącił ostrożny Niemiec.
— Ej nie, widziałem przez szparę robrony220 na pani Tekli i jakiś biały obłok na Jadzi. Nie rozbiorą się po takiej fatydze na darmo. Jedźmy, bo nas kasztany rozniosą.
Ruszyli, marznąc sumiennie w balowym odzieniu. Szczęściem do Żdżarskich było niedaleko.
Dwór oświetlony jaśniał jak morska latarnia wśród śnieżnej równiny, muzyka grała w najlepsze.
— Opuściliśmy introdukcję221 — żałował Jan, wysiadając.
Na spotkanie gości wyszedł gospodarz z synem. Zaczęła się uciążliwa prezentacja. Jan, zdrajca, przedstawił Niemca Żdżarskiemu, uścisnął dłoń jego syna, Stefana, zakręcił się i umknął, korzystając z zażyłości i praw sąsiedzkich.