Ledwie zapalili papierosy w gabinecie męskim, wpadł służący.
— Pani z Mariampola prosi panicza.
— Którego? — badał Jan.
— Ja nie wiem: „panicza” powiedziała.
Rzucili papierosy i poszli obydwaj, żeglując w stronę strasznej kanapy.
Po drodze hrabina Mielżyńska rzuciła im przez ramię z widocznym niezadowoleniem:
— Ach, te papierosy!
— Panie nas mają za drewno! — mruknął Jan.
— Jeśli się ośmielicie grać w karty po kątach, to was nie puszczę za próg w Mariampolu — oznajmiła stanowczo, ale, szczęściem dla ich próżności, dość cicho.
— Za co? Wujaszek, sędzia i dziekan grają obok, nikt im tego za złe nie bierze — bronił się Jan.