— Bardzo złe — potakiwał Jan poważnie — jakieś bure, i zezuje.
— Dajże raz temu spokój! — mruknęła gniewnie panienka, a Wentzel zagadał kwestię, czując, że lada chwila obydwaj wybuchną śmiechem z miny wystraszonej staruszki.
— Jedziemy jutro na wilki do Wolickich — zaczął.
— A jakże, a stamtąd do Żdżarskich — uśmiechnął się figlarz, zapominając o Głębockim na myśl o przekornych oczętach Cesi.
Marzyło mu się, że może jako narzeczony otrzyma choć przelotnego buziaka. Aż westchnął na tę myśl rozkoszną.
Hrabia się roześmiał na to westchnienie.
— Dostaniesz, dostaniesz! — pocieszał.
— Co? — bronił się chłopak i poczerwieniał jak dziewczyna. — Jakiś ty domyślny! — potwierdził natychmiast.
Pani Tekla coś sumowała tymczasem. Jan zabił jej ćwieka w głowę. Raptem zerwała się z miejsca i zapaliła świecę.
— Gdzie jest klucz od biblioteki, Jadziu? — zawołała.