— Czegóż ty płaczesz, dziecko? — perswadował, nagle urósłszy z ucznia na mentora. — Przecie ci serce zabiło! Chwała Bogu! Zobaczysz, jak to miło kochać! Nigdyś nie kochała pewnie?
— Nigdy — szepnęła niewyraźnie — oprócz ciebie i Wacia naszego.
— Dobrze, żeś dodała, bobym pomieszał osoby. Dlaczegoś przyjęła Głębockiego bez miłości?
— Kiedy ja nie wiedziałam, co to kochać.
— A teraz? No, wymówże to straszne słowo! — uśmiechnął się, odzyskując humor figlarza.
— Będzie dosyć raz je powiedzieć w życiu — szepnęła.
— Słusznie. Chociaż wątpię, czy nawet jemu wykrztusisz. No, ale to nie moja rzecz. Teraz oswobodź się od zmory Głębockiego. Wyznaj mu prawdę, nie oszukuj, a potem wszystko dobrze pójdzie. Może ci dopomóc?
— Nie. Powinnam sama odpokutować. Dodałeś mi otuchy. Dziękuję ci.
Ucałował ją serdecznie.
— A dla swata nie masz polecenia? — zażartował.