— Idźcie lepiej z Wacławem poszukać pięciolistnego bzu.
— Wyście z Cesią wszystko oberwali.
— Zostawiliśmy dla was. Słowo daję.
Na niebo wypłynął księżyc i srebrnymi smugami zaglądał do altanki, migocąc między liśćmi strzyżonych jesionów. Słowiki na chwilę pomilkły. Nawet swawolny Jan zdobył się na okrzyk zachwytu.
— Co za noc cudowna! Człowiek by życie tak przebył, patrząc w niebo. W jakim to poemacie opisano taką chwilę? Pamięta pani?
Główka narzeczonej oparta była o jego ramię, zajrzał w jej oczy, może pocałował, kto wie; w przeddzień ślubu nawet Cesia robiła ustępstwa.
— W Szwajcarii — odparła, podnosząc wzrok ku niebu i zaczęła mówić półgłosem:
Jest chwila, gdy się ma księżyc pokazać,
Kiedy się wszystkie słowiki uciszą.
I wszystkie liście bez szelestu wiszą,