Wentzel odszedł i po chwili usłyszała go staruszka, jak rozbijał fortepian Jadzi, grając bez ceremonii mazurka.
Wypadła nań z krzykiem.
— Co wyprawiasz? Struny popękają!
— A niech sobie pękają! — odparł, całując jej ręce.
Wystrojony, z bukietem mirtowym u klapy, promieniał jak jutrzenka.
Tak rozradowanym nigdy nie był jeszcze. Aż się pani Tekla musiała uśmiechnąć do jego uszczęśliwionych oczu.
— Istna epidemia ten szał weselny! Czegóż ty się cieszysz? Chciałabym wiedzieć.
Poczerwieniał, jakby był panną młodą.
— Ja bym dziś, babciu, cały świat ściskał i całował. Dusza mi się w piersi nie mieści.
— Osobliwość! — pokręciła głową. — Lepiej byś się przespał i zjadł cokolwiek. Przecież zaraz jechać nie trzeba.