— Chwała Bogu! Bardzom rad! A siostrunia aż rośnie z dumy. Jakże to było z tym strzelaniem? Tak sobie, bez żadnej dobrej racji?

— Racja to by się znalazła — rzekł wesoło Wentzel.

— Aha, znalazłaby się! Rozumiem! Coś tam stoi zapisanego między wami in libris amoris326!

— A brata zawsze żarty się trzymają. Co za jakieś libris! Nie libris, ale Głębocki jest furiat, i jeśli go nie zamkną do obłąkanych, to ja sama zaskarżę go do medycznego wydziału!

— Ho, ho, ho! Jaka z siostry gorączka! Załatwi się z nim hrabia bez naszej pomocy! Po co kłaść palce między drzwi? Nieprawda, kawalerze?

— Niezawodnie, panie marszałku. Ale oto i Braniszcze. Wszystkie powozy już przed kościołem. Słowo daję! Jan już piechotą idzie naprzeciw.

Niecierpliwy oblubieniec istotnie, bez względu na swój strój weselny, kroczył na spotkanie.

— Ty mnie w chorobę wpędzisz swym marudztwem! — krzyczał już z daleka.

Chi va piano, va sano327 — pocieszał go Wentzel, zajeżdżając przed kościół.

Pani Tekla triumfalnym pochodem, pod eskortą wnuka i wychowańca, zajęła swe miejsce. Wszyscy na nią czekali i natychmiast rozpoczęła się ceremonia.