Byłoż to przeczucie, co ją zawiodło w to miejsce?
Ścieżką pod płotem zbliżał się jeździec na pysznym karym arabie. Dwór chciał ominąć, widocznie, i jakby się wahał i pasował z tą chęcią. Czasami ręka mu drżała na cuglach do zwrotu i hamował się. Głowę miał zwieszoną, ponurą zawziętość w twarzy.
O krok był od Jadzi, gdy się spostrzegli.
Smutek jego pierzchnął jak czarem — zeskoczył na ziemię, cugle zarzucił na gałąź i stanął naprzeciw niej, wyciągając z powitaniem rękę.
— Śliczny ranek, nieprawdaż? — rzekł swobodnie.
Popatrzyła nań z wyrzutem.
— Pan jedzie na pojedynek? — spytała
— Tak, pani — spojrzał na zegarek. — Mam jeszcze pięć kwadransów czasu. Wyjechałem za wcześnie. Czy babka w domu?
— Wyjechała do kościoła.
— To dobrze. Wolę jej nie widzieć i nie żegnać — szepnął do siebie, przesuwając ręką po czole.