— Ani rusz nie mogę zguby swej dojrzeć ani zrozumieć — odparł kręcąc wąsiki.
— Boś oślepł od ich czarów! Może to nie zguba zerwanie z całym światem stosunków?
— Co ciocia nazywa całym światem? Hrabinę Aurorę?
— Ach, fe! Wstydź się!
— Baronową Lizę?
— Słuchać nie mogę tej bezczelności. Ja mówię o panach, o restauracji...
— Jutro stu panów jedzie ze mną do Strugi na wesele. To dosyć jak dla mnie.
— Błazny, urwisze, hulaki! Ja mówię o poważnych ludziach.
— Nie mogę wymagać, by mi składali czołobitność dygnitarze i ministrowie. Jestem na te hołdy za młody i kawaler. Zresztą na tyle stosunków, ile ich ciocia wymaga, trzeba mieć czas i siedzieć w stolicy; ja zaś mam obowiązki rolniczo-przemysłowe, przeważnie wiejskie. Zresztą moja narzeczona nie cierpi pustej salonowej gawędy, powierzchownych stosunków, fałszu i próżności naszego wielkiego świata i pewnie w Berlinie nie będzie długo popasać. Po cóż mam sobie zadawać daremną fatygę?
— I ona ci zabroniła zostać posłem w Radzie! Cała opinia jest przeciwko tobie. Mają cię za złego patriotę!