Do doskonałości brakło mu, wedle majora i ciotki, tylko żony.
Po dwóch tygodniach wiejskich wakacji panna Dorota von Eschenbach uznała, że wpływ przyrody i wiosny musiał dostatecznie podziałać na umysł hrabiego; wyobrażała go sobie sielankowo rozmarzonym — i pewnego wieczora zaprosiła się z robótką na gawędę do mieszkania młodego człowieka.
Wieczór był istotnie romantyczny. U stóp zamczyska Ren szumiał, przez otwarte okna wdzierał się pachnący powiew wiatru i zaglądał sierp nowiu. Wentzel leżał na kanapie, palił cygaro i gwizdał Lorelei; o kim myślał przy owym śpiewie, można się domyślić.
Panna Dora odchrząknąwszy zagaiła rozmowę:
— Czy nie myślisz posłać jutro bukietu Mili Koop? Są przecież cudne azalie.
Hrabia się ocknął jak ze snu.
— Bukiet majorównie? Czy ona się jutro konfirmuje? — zapytał.
— Ale co ty gadasz! Wszakże to dorosła panienka!
— Przerosła! — mruknął.
— Jak to? Sam kwiat!