Konie pognały jak wicher, krzesząc iskry z kamieni; latarnie migały jak błędne ogniki, stangret bezustannie krzyczał: „baczność!” — policjanci daremnie wołali — konie niosły aż na drugi koniec miasta, gdzie mieszkał plenipotent hrabiego, młody jurysta93, kolega z uniwersytetu.
Wentzel wyskoczył w biegu, zginął w bramie.
— Jest pan Sperling? — spytał szwajcara.
— Nie wychodził, a może nie wrócił.
— Cóżeś robił, słomiana lalko? — zawołał panicz groźnie i ruszył na schody, skacząc po cztery stopnie.
Od urodzenia tak się nie zmęczył i od urodzenia nie odwiedzał plenipotentów — dawał audiencje u siebie w pałacu. Toteż, gdy zadzwonił — Sperling, otwierający zamiast lokaja, aż się cofnął z podziwu.
— Pan hrabia? Co się stało?
— Gdzie listy, któreś ode mnie zabrał?
— Są u mnie.
— Pokaż ten z dzikim podpisem, z Poznania, gdzie pytają o metrykę mej matki.