— Chrząstkowska! — powtórzył Herbert, kalecząc niemiłosiernie wyraz i krzywiąc się, jakby jadł cytrynę.
— A ten młody, co jej towarzyszył, także Chrząstkowski?
— Zdaje mi się.
— Jan?
— Skądże mogę wiedzieć? Co tobie?
— Verflucht, verdammt92 — krzyknął hrabia, zrywając się na równe nogi. — Bywajcie zdrowi!
— Sfiksował! — wołał Schöneich.
Jak admirał, Wentzel nie wziął reszty; z paltotem dogonił go lokaj na schodach; kapelusza zapomniał. Jak szalony wyleciał na ulicę.
Taranty stały przed bramą. Skoczył do karety.
— Do pana Sperligna! Galopem!