Wentzel zamyślił się nad wypadkami ubiegłego dnia. Dziwny kraj, gdzie młodzież była tak cicha, skupiona w sobie, milcząca, a starzy przy siwych włosach zachowali gorące uczucia, zapał i siłę. Dziwny kraj, dziwni ludzie!
Pani Tekla to nie była ciocia Dora, którą można było ułagodzić konceptem i uśmiechem lub nastraszyć lada czym.
Młody człowiek to nie był pusty frant113 stołeczny lub nadęty oficer z gwardii; a ta dziewczyna — o, nie była to istota, której serce zdobywało się powierzchowną pięknością, fizycznym urokiem lub słodkimi słowami.
Hrabia poruszył się niecierpliwie.
— Weźmie Michel „Scherza” — zamruczał upokorzony — i „Fingala” — dodał jako pociechę, ciskając w płomień niedopalone cygaro.
— Cóż pan taki markotny, hrabio? — ozwał się Jan.
— Na złą pogodę — odparł.
— Barometr idzie w górę — pocieszył wieśniak.
Usiadł znowu naprzeciw gościa i podrzucił drew na ogień.
— U nas ziemniaki marnieją niewykopane — mówił dalej — a zasiewy niesporo114 schodzą w te słoty.