— Proszę przecie powiedzieć. Może lekcji?
— I lekcji też.
— Tu jest urzędnik na rogu, co dla swych chłopców potrzebuje studenta. Ja pana zaprowadzę.
Po godzinie wracali z dobrym rezultatem. Chłopiec miał kilkadziesiąt rubli zadatku w kieszeni, wróciła mu otucha, a nowy opiekun dodawał ochoty, radził, cieszył.
— Gospodarz da stancję, nie wymagając zaraz komornego, tymczasem pan pomieszka ze mną — mówił, wtajemniczony już w kłopoty lokatora. — Trzeba tylko do instytutu się dostać.
Ale tam znano Hieronima, zrobiono miejsce, profesorowie się za nim wstawili i po tygodniu w dawnej izdebce dwóch przyjaciół paliła się lampa, oświetlając jasnowłosą głowę chłopca, schyloną nad technicznym rysunkiem tak jak dawniej, tylko że sam był teraz i sam miał pozostać — nie wróci już tych dwoje, co z nim pracowali niegdyś, nie wróci.
I nie wróciła też, pomimo wznowionej nadziei i pracy, wesołość. Już mu swawola nie postała w myśli, a żart na ustach; ścichł, spoważniał, nie szukał towarzystwa kolegów, nie wybierał druha, nie dokazywał po kursach, nie śpiewał.
Pracował bez chwili rozrywki i wytchnienia i tylko niekiedy podnosił smutne oczy na puste miejsce naprzeciw i wzdychał. Ból go chwytał za gardło, żałosna tęsknota za przyjacielem ogarniała duszę. Żył z umarłymi. Skąd miał być wesół?
Odnalazł wreszcie „panią Dulską” — na klepsydrze pogrzebowej — i odprowadził poczciwą opiekunkę sam jeden na cmentarz. Była to niedziela.
Zabawił godzin parę wśród grobów, rozmyślając smutno. Ileż to on już osób i uczuć pochował, a miał zaledwie 22 lata...