— Nie poznajesz mnie?
Inżynier cofnął się pomimo woli — jak przed widmem.
Nie, nie poznał dawnego świetnego eleganta a swego kuzyna w człowieku wynędzniałym, obrosłym, prawie łysym, którego oczy szkliste wyglądały bezprzytomnie187, a ręka, podana do uścisku, była sucha i gorąca.
— Wojciechu! — wyjęknął przerażony. — Co się z tobą stało?
Widmo zaśmiało się krótko, przerażająco.
— Diabli wszystko wzięli, wszystko! — rzekł, krzywiąc się cynicznie. — Nie ma żony, nie ma pieniędzy, nie ma stanowiska! Fiut, poszło!
Hieronimowi pociemniało w oczach. Bazyli miał słuszność — nie dla niego był dziś odpoczynek, jadło i sen. Nowa troska wyrastała jak spod ziemi.
— Gdzież żona? — zagadnął ogłuszony.
— Uciekła do Paryża! Wszystkie one takie! Trzoda! Mniejsza! Ale z nią uciekły ruble! Teść złajał i wypędził. Dzieci nie ma. Ot, i zostałem na bruku.
— Nieszczęście! Cóżeś robił potem?