Wziął się za głowę ruchem desperackim.
— Bo mi szkoda pana! — zamruczał Bazyli. — Wychudliście jak cień! Co z tego będzie? Położy się pan z wysiłku! Żeby odpocząć jaki miesiąc!
— Czy i ty mi kraczesz chorobę, jak ten skorupiak doktor? — zaśmiał się chłopiec z przymusem i zamyślił się chwilę. — Chciało się i mnie wypocząć, stary — zaczął po pauzie. — Miałem paręset rubli oszczędności, myślałem po skończeniu tutejszej roboty pojechać gdzie, na swobodzie przebyć czas jakiś. No i nic z tego. Ruble poszły, trzeba znów pracować. To dziwna jednak rzecz, jak mnie się pieniądze nie trzymają.
— Co to za dziwo! Złodziej jest na nie gotowy! — mruknął ponuro Bazyli. — Bodaj go ziemia pochłonęła!
— Cóż robić! Nie warta żalu ta nikczemna mamona205! Daj butelkę czerwonego wina. Będę pisał w nocy.
— Czwarta noc! Jezus Maria! Co pan wyrabia? — zawołał przerażony sługa.
— No, cicho, cicho! Wszakże cię nie proszę do towarzystwa. Idź sobie śnić o kochance, w braku jej samej. Mnie nie wystarcza dnia na tyle roboty.
— Bo pan robi za dziesięciu. Oj, będzie źle!
— Wynoś się do diaska z wzdychaniem!
Bazyli się wyniósł, ale wzdychać nie przestał. Żal było istotnie patrzeć na biedaka, który brał nad siły, sądząc, że ich ma niewyczerpany zasób.