Hieronim i na to nic nie odpowiedział. Był równie nieczuły na wspaniałomyślność i pobłażanie, jak na surowy sąd. Na twarzy jego zatarły się wszelkie wrażenia; była ona twarda, zimna jak kamień.
Z opuszczonymi rękami słuchał i znosił wszelkie ciosy, co mu gruchotały życie; nie bronił się, nie przeczył, tylko wciąż patrzył na imię swe i nazwisko, skreślone u spodu nieszczęsnego weksla. Ten tylko szmatek211 papieru występował dla niego wyraźnie, zrozumiale z całego otoczenia.
Była to Mane, Tekel Baltazarowej uczty, była to zatrata.
Naczelnika widocznie męczyła ta scena. Ruchem niecierpliwym zgarnął weksle do szuflady i wstał.
— Dosyć o tym! Nie do tańca teraz panu, więc na bal nie proszę. Wygląda pan na zmęczonego. Proszę odpocząć. Daję panu nieograniczoną swobodę. Panów proszę z sobą na górę, do dam i muzyki. Moja żona pewnie się niecierpliwi.
Hieronim oprzytomniał. Spojrzał po zebranych, skłonił się i wyszedł wśród rozstępujących się skwapliwie kolegów. Nikt mu nie podał ręki, nie odprowadził, nie rzekł słowa.
Gdy był już za progiem, zaczęto rozmawiać i śmiać się, gdy mijał dom, zrobił się ruch w salonach, a w połowie drogi do mieszkania posłyszał pierwsze takty walca i mijały go wciąż powozy z damami i resztą towarzystwa.
On szedł w czarną noc, nie podnosząc głowy, nie patrząc, nie słuchając — jak lunatyk lub obłąkany.
VI. Dziad Polikarp
Podczas wizyty u naczelnika Bazyli musiał być w mieszkaniu; zapalił lampy, ustawił wieczerzę i odszedł znów.