I nagle z ofiary człowiek ten zamienił się w sędziego. I zdało się starcowi, że usta te wydadzą wyrok na niego, że one jedne zdołają zagłuszyć wołanie strasznego oskarżyciela, coraz straszniejsze: Zabiłeś!
Pan Polikarp obejrzał się wokoło. W pokoju było w tej chwili pusto. Musiało minąć wiele godzin, zbierało się na brzask.
Nikt nie widział, jak starzec na klęczki się osunął i bijąc się w piersi, prosił pokornie:
— Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu! Nie bierz mi tego dziecka! Niech mu oddam za to, co wycierpiał!
A potem pochylił się i pocałował po raz pierwszy skroń biedaka.
— Czy ty mi zapomnisz kiedy? — szepnął.
Ale dusza Hieronima była gdzie indziej.
— Wiesz, Józik — mówił niewyraźnie — wszystko domki karciane! Cokolwiek zrobisz, wiatr dmuchnie i nie ma! Tak zawsze! Już nic robić nie będę! A jak koniec, to co? Domki karciane!...
Straszne było to bredzenie w głuchej nocy. Śmierć wyciągała kościste ramię i w oczach starca wydzierała mu jego skarb, a on był jak dziecko bezsilny! On, pyszny jak szatan i taki możny!...