— Ej, pan żartuje! Toż to człowiek.
— Nawet kobieta. Złowiłem w powodzi. Może ją znacie?
Wszystkie twarze pochyliły się nad uśpioną — każdy się cofnął, ruszając ramionami.
— Nietutejsza — odparł gospodarz. — Musiała ją rzeka z góry gdzieś porwać. No, niech śpi! Jak ma rodziców, to się upomną. Prosimy tymczasem panów na wieczerzę.
Młodzi ludzie rzucili się do jadła z dobrze zrozumiałą zaciekłością; wśród wrzawy rozmów, śmiechu, anegdot Hieronima, szczęku misek i łyżek nikt nie dosłyszał płaczu rozbitka.
Zbudził ją hałas, przeraził widok tylu obcych i łkała, tuląc się do ściany, jak młody wilczek, na wpół tylko oswojony.
Nagle przypomniał ją sobie Hieronim, zajrzał w kąt.
— Może ci się jeść chce, dziecko? — spytał, głaszcząc ją po głowie.
— Bardzo! — szepnęła, biorąc w obie dłonie jego rękę.
— No, to chodź do stołu!