Dziecko powstało — nieme, z zuchwałym błyskiem oczu. Nie broniła się i nie płakała.
— Dajcie mi jutro koni, gospodarzu — rzekł student. — Odwiozę ją szynkarzowi. Chodź, mała!
Obejrzał się. Nie było jej. Jak wąż wyśliznęła się spośród otaczających i znikła.
„Pójdzie i utopi się!” — mignęło chłopcu. — „Wilki zjedzą!” — poprawił się natychmiast.
— Mała! — krzyknął wychodząc z chaty. — Chodź tu zaraz!
Żadnej odpowiedzi. Zbieg wypowiedział posłuszeństwo, umknął, przepadł w cieniach nocy.
— Światła! — zakomenderował student. — Chodźmy szukać!
Synowie gospodarza skoczyli za nim, wrzeszcząc jak na wilczej obławie. Rozbiegli się na wsze strony. Pół wsi, zaalarmowanej wrzawą, podążyło za nimi. Latarnia Hieronima migała to tu, to tam na przedzie. On pierwszy dostrzegł drobny ruchomy przedmiot, toczący się jak piłka w stronę lasu, i dognał kilku susami.
— A, tuś mi, ptaszku! — zawołał zdyszany, rzucając latarnię i chwytając ją za ramię.
Szarpnęła się, zgrzytając zębami. Chciała zginąć z honorem, wyznał to w duchu chłopiec.