Wóz stanął. Szynkarz wyjął fajkę z ust, zdjął czapkę i postąpił kilka kroków, zataczając się.
— Aha! Pan ją przywiózł! Wilki jej nie zjadły! Nu, idź do izby! Dostaniesz od gospodyni!
Dziecko przytuliło się do studenta, drżąc febrycznie.
— To nie wasze? — zagadnął Hieronim.
— Boże broń! Cudze! Darmozjad! Już cztery lata, jak mi zostało na karku!
— Czyjaż ona?
— A tego pana, co tu mieszkał!
— Gdzież rodzice? Pomarli?
— A niby pomarli.
— Jak to, niby?