Towarzysz podróży, ów pół mieszczanin, pół chłop, był znów z nim; kopcił lulkę i rozglądał się sennie po karczemnej izbie.

Nazajutrz o świcie, chłopskim wózkiem, ruszył nasz bohater do celu podróży.

Droga wiła się grobelkami, to oddalając, to zbliżając się do rzeki; widok zakrywały łozy i olchy, cisza bezludna tłoczyła piersi.

Pomimo fantazji wrodzonej pan Hieronim miał coraz silniejszą pokusę drapnąć z powrotem; chłop powożący odbierał mu resztę odwagi opowieścią o „strasznym panu”. Tak się zwał dziadunio Polikarp w ustach ludu okolicznego.

Sierdityj pan95! — powtarzał ciągle, trzęsąc kołtuniastym łbem i cmokając na konika.

— A widziałeś go kiedy? — badał Hieronim.

— Dzięki Bogu nie, ale mój swojak96 widział go raz jeden. Bardzo się zląkł.

„Milutki być musi!” — pomyślał student.

Słońce wyjrzało zupełnie zza wody i w tejże chwili rozchyliły się jak brama olchy na grobelce i roztoczył się przed okiem jadącego szeroki, w słonecznych złotych ramach krajobraz. Na lewo pomarszczona, białawosina toń Prypeci, na prawo bór jodłowy, wprost na stromym wzgórzu, jakby z wody wyrosły, przepyszny dwór, otulony stuletnią wysadą97.

Słońce biegło po fali, po koronach drzew, złociło krzyż kaplicy, słało się po łąkach i zaglądało aż na wózek chłopski i w zachwycone oczy Hieronima. A przed nim coraz bliżej wychodziły, jakby na powitanie czy obronę, mury z czerwonej cegły, stare lipy, ciekawe, łupkowe dachy, wieżyczki, ogrodzenia i mrugał coraz jaśniej krzyż kaplicy.