— Osamotnienie jest właściwością starości — odparł z wolna zagadnięty — ja zresztą nie znoszę towarzystwa. Ludzie nie zapełniają życia, wnoszą w nie tylko chaos.
— Są różni, można wybierać. Samemu trudno wytrzymać. Nie wszyscy są lekkomyślnymi młodzikami, bez sądu i rozwagi!
Znów zaległo milczenie.
— Czy myślisz u mnie spędzić wakacje? — zagadnął nagle stary, rzucając w stronę wnuka przelotne spojrzenie.
— Broń Boże! Jakżebym śmiał! Nie lubicie ludzi, a musielibyście patrzeć na mnie i rozmawiać. Przybyłem, boście mnie wzywali przed rokiem, i myślałem, że mi się należy prosić za brata.
— Dla siebie nie masz żadnej prośby?
— Nie, to jest... miałbym może...
Starzec obrócił się frontem do niego — był ciekaw.
— Kiedy miałbyś, to mów! Nie słuchałeś mnie nigdy, może ja cię posłucham!
— Chciałbym przewieźć tu, do grobowca, zwłoki matki; jeśli dziad pozwoli, będę mu bardzo wdzięczny!